Nasze życie coraz bardziej przypomina podróż pędzącym pociągiem. Rozgorączkowani, niecierpliwi, w drodze ku przyszłym wydarzeniom niemal nie zauważamy tego, co tu i teraz. Bo teraz nie mamy czasu. Teraz mamy swoje terminy i cele. Ale to nic, bo trzeba odebrać telefon, odpisać na maila, wykonać kilka zadań na wczoraj. A gdy coś idzie nie tak, urządzamy sobie bolesne wyrzuty, że źle to rozegraliśmy, znowu nawaliliśmy.
Paradoksalnie dobrze jest, jeśli raz po raz nasz pociąg ma
awarię, odetną nam prąd czy Internet, nie ma zasięgu. To jak nagłe
przebudzenie. Raptem wszystko staje się prostsze. Wiadomo, co ważne, a co nie,
czym się zająć a co odpuścić. Tak właśnie było podczas lockdownu, czyli
kwarantanny narodowej. Gdy pominiemy ludzkie tragedie związane z chorobą,
śmiercią czy kryzysem w firmie, niektórzy z nas mieli czas przeformułować swoje
życie na nowo. Odetchnąć, zdystansować się, odstresować, wypocząć, zrozumieć co
tak naprawdę jest ważne w naszym życiu. Znowu odbieramy świat zmysłami: widzimy
kolory, czujemy smaki i zapachy, ciepły dotyk słońca na policzku, wspaniałość
letniego deszczu na skórze. Co zadziwiające, świat się nie wali, jakoś sobie
bez nas radzi. Tylko czy naprawdę potrzebujemy nadzwyczajnych okoliczności, by
zacząć żyć bieżącą chwilą? Żaden dzień się nie powtórzy, jutro nie nadrobimy tego, co możemy przeżyć tylko dzisiaj.
